12 lutego 2015

Tak dziwnie - nie musiec klasc sie do lozka zaraz po polnocy. Bo brak budzika o 8:30. Wciaz do konca w to nie wierze, jestem wolnym czlowiekiem. Albo przez cztery miesiace, albo przez reszte zycia. Domowe Melodie noca, nawet nie jestem taka pewna, czy to lubie. Zza okna pipczy smieciarka, kiedys budzila mnie z romantycznego amoku i ramion Pajaca. Dzisiaj jestem sama, dopiero co wrocilam z kina, mam dziwne przemyslenia i jakies pol promila bialego wina w wydychanym.

Jestesmy tu i teraz.

Mam za soba najszczesliwszys rok zycia. Miesiace niewyspania, rozpadajace sie na kawalki wszystkie czesci mojego ciala, wizyty u lekarzy, kroplówki, krew z nosa, zapuchniete oczy i poskrecane kostki. Nigdy w zyciu tak bardzo nie czulam sie "na miejscu". Praca marzen, wyspa marzen, mieszkanie moze troche niemarzen, ale i tak blisko. W koncu mam kota.

David tak naprawde nie powiedzial mi nic. Nie bylo zadnej rozmowy. Krotkie, lzawe pozegnanie, ze jestem dobrym czlowiekiem, i ze bedzie tesknil. Nic wiecej. Rowna sie nie wiem, czy wracam. W mojej glowie i planach - tak. Juz na poczatku czerwca. Ale rzeczywistosc, jak wiadomo, potrafi dac po dupie.

Wiec na razie zaczynam bardzo niepewne tygodnie, miesiace paro i wakacji. Dzisiaj caly dzien uciekajac przed rzeczywistoscia (nareszcie obejrzalam Frozen). A jutro..?


-- yolo.

6 lutego 2015

Kochany ten moj kot, co wszedzie za mna chodzi. Ja ide do kuchni, on drepce za mna. Siadam na toalecie, on zwija sie w klebek kolo mojej stopy. Wracam do lozka, on juz spi na mojej poduszce. Po co mi maz, skoro mam kota? 

Dzis obudzilam sie w humorze : nie lubie juz Teneryfy, chce do Warszawy.
Cale szczescie, ze zostaly mi tylko 4 dni (o ironio, we wtorek od rana bede plakac). Dzisiaj nareszcie wolne, caly dzien spedzilam na jedzeniu, sprzataniu, lezeniu brzuchem do gory, ogladaniu Friends i martwieniu sie o to, czy pozwalanie Szwedowi na zakochanie sie we mnie bylo/jest dobrym pomyslem. Mam w planach umrzec solo i naprawde, NAPRAWDE pogodzilam sie z ta mysla. Wiec nie wiem, czemu daje sie wyciagac na te nocne spacery. 
Ale z drugiej strony. Po 25 latach znalazl sie ktos, kto piecze mi ciasta i smazy nalesniki. Puka do moich drzwi, kaze zamknac w sypialni i nie wychodzic, dopoki nie pozwoli. Prezenty bez okazji, herbata z cytryna i rozmowy do trzeciej rano, jak w gimnazjum, tylko bez gadu-gadu. Bez alkoholu i calowania sie w ciemnych katach, kiedy nikt nie patrzy. Oprocz niezdrowego jedzenia, to naprawde relacja calkowicie bezgrzeszna, az nudna. 

Jestem taka zmeczona. Wczoraj w Mini Klubie poszla mi krew z nosa. Nie wiem, kto byl bardziej przerazony - ja, czy dzieci. Dlaczego moja praca marzen musi byc taka nieoplacalna i wyczerpujaca?