Mam taka dziwna mieszanke samouwielbienia i samohejtu. Piec pijackich dni w Monachium zmusilo mnie do przemyslen. Nagle tyle bratnich dusz i tyle emocji; staje sie smutna i teskniaca. Chce sie przytulac (wiecie ze minelo dbrych kilka miesiecy, od kiedy ktos mnie przytulil?), umawiac, rozmawiac, przebywac, chodzic pod reke, plotkowac, smiac, plakac. Zwlaszcza to plakanie, wychodzi mi ostatnio najlepiej.
Pamietam jak w 2008, kiedy pani doktór psychiatra powiedziala mi (ze mam depresje, musze lykac prozak, ale ze nic mi nie bedzie), ze od problemow nie da sie uciec i ze po kij mi ta wyprowadzka z Lublina, ze przeciez to wszystko predzej czy pozniej i tak mnie dogoni? Nie miala racji.
Wyjazdem z Lublina wyleczylam sie ze smutkow i wizji topienia w wannie.
Wyjazdem z Monachium wyleczylam sie ze zgorzknienia i placzu w poduszke.
Owszem, kiedy przyjezdzam (tu i tam), szczatki tych emocji wracaja.. ale to nie to samo.
Dlatego nie martw sie o mnie, kiedy mowie Ci, ze plakalam w drodze na Sbahn. To nie Twoja (ani moja) wina. To po prostu zakopane, zduszone pomysly wychodza ze mnie, wylewaja sie z moich oczu strumieniami. Bo mysle, bo porównuje, bo chce, bo tesknie. Nic wielkiego.
Mimo tych napadów kajowizmu - jestem szczesliwa.
*
(Nie wierze, ze "u mnie" jest dopiero 23:15 - czas schodzenia ze sceny i zamiatania backstage'u. No bo tutaj? Trzy glühweiny, jedna kanapka, oczy same sie zamykaja, dobranoc.)
Najlepsze "wakacje" swiata, nie mysle o lutym / marcukwietniumaju.
2 days left.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz