Snilo mi sie, ze bylam w ciazy. Pierwszy taki sen, kiedy "zaliczylam" zarówno brzuch, jak i poród, a pozniej jeszcze kilka dni z noworodkiem. Bylam okropna mama, ciagle zapominalam o karmieniu, kapalam dziecko w zimnej wodzie, albo pilam piwo z Ewinha, plotkujac o zyciu,nie myslac o tym, ze przeciez nie moge pic, skoro karmie. W koncu wszyscy zostawili mnie sama w domu z dzieckiem, zebym nic nie rozpraszalo mojej uwagi i zebym lepiej mogla skupic sie na Kai II (tak chcialam dac na imie swojej córce, to chyba najlepszy dowód na to, ze kiepska byla ze mnie matka).
Obudzilam sie i nie moge sie odnalezc. Jest mi okrutnie smutno, czegos brakuje, wiec glaszcze kota, zalujac ze nie moge pojsc spac jeszcze raz zeby udowodnic ze jednak potrafie zadbac o swoje dziecko. Siedze i patrze w sciane, zastanawiajac sie O CO W TYM SNIE CHODZILO. Szczerze wierze, ze sny maja znaczenie. Wiec jak wytlumaczyc ten?
Chyba znowu zjem lody na sniadanie.
9 dni do Swiat. Dom udekorowalam juz na poczatku grudnia, ale codziennie i tak doklejam, doczepiam, dowieszam jakies dekoracje. Dzis chyba wreszcie zawiesze bombki na choince. Od tygodnia w Mini Clubie moimi ulubionymi zajeciami jest robienie platkow sniegu z papieru, sluchanie swiatecznych piosenek, rozczulanie sie nad soba i obserwowanie Szwedów przez szybe (maja 20+ dzieciakow i ciagle jakies fajne zabawy, podczas gdy ja albo siedze sama, albo z jednym niemieckim chlopcem, ktory jest upierdliwy jak malo kto). Dupny jakis ten grudzien.
Moj plan spedzenia Wigilii z Kristel poszedl sie kochac, bo Yorch nagle postanowil zorganizowac Swieta u nich w domu i zaprosic cala swoja kolombijska rodzine. W zwiazku z czym chyba zostalam calkiem sama i zdana na siebie (i kota). Cos obilo mi sie o uszy, ze Rafa chce zorganizowac w swoim barze przebierana impreze dla wszystkich niedobitków.. wiec moze sie tam wybiore, o ile wczesniej nie umre ze smutku. Przez chwile w kulinarnym szale przegladania gotujacych blogów chcialam upichcic jakies polskie przysmaki, ale pozniej stwierdzilam, ze nie ma to kompletnie sensu, zwlaszcza, jesli mialabym gotowac tylko dla siebie (o ile kutia dla 1 osoby to kompletnie zaden problem (#grubosc #obzarstwo #yolo), o tyle z szuba, czy ryba w galarecie mialabym juz problem). Postanowilam zaopatrzyc sie wiec w sledzie z Lidla, swiateczne ciasteczka z Mercadony.. i grzane wino. To beda dobre Swieta. Nie.
Ostatni tydzien spedzilam z Przemkiem, ktory na swojej trasie Gdansk - Antarktyda, zahaczyl o Wyspy Kanaryjskie. Wprawdzie niewiele czasu tak naprawde bylo nam dane spedzic razem, bo ja codziennie do pracy, a on do róznych portow, szukac lodki ktora zabralaby go na Karaiby.. ale w zeszly poniedzialek mialam wolne, wiec wybralismy sie na stopa do Los Cristianos. Nie spodziewalam sie, ze to moze byc tak latwe! Nastawialam sie na kilka godzin czekania i wyciagania kciuka, a tu za zadnym razem nie musielismy czekac dluzej niz 10 minut.
W sobote Przemo znalazl jakichs Amerykanów, ktorzy plyneli jachtem na Karaiby i zabral sie z nimi.
Podziwiam takich ludzi. Caly swiat na stopa. Z jednej strony czlowiek mysli sobie PO CO, skoro mozna samolotem, bez ryzyka, spania pod namiotem i mycia sie w rzece.. a z drugiej kurcze. Myslalam ze moje zycie jest wystarczajaco szalone.. a pozniej nasluchalam sie takich historii, o takich miejscach.. ze lekko zwatpilam w swoja szalonosc.
Dzisiaj wolne, nareszcie sniadanie & kawa w lozku, przytulanki z samobóczym kotem*, nadrabianie seriali, a po poludniu ogromny, nowootwarty Chinczyk w Adeje, gdzie bedziemy kupowac swiateczne dekoracje dla domu Petji. Ja juz NIBY wszystko mam, ale nawet nie bede sie ludzic ze nic nie kupie. Na bank wroce z kolejnymi lancuchami, swieczkami, bombkami. W sumie troche to glupie, czlowiek wydaje kupe kasy na cos, co juz za dwa tygodnie przestanie byc potrzebne. Ale jakos w tym miejscu, gdzie slonce swieci non stop, trudno jest tak naprawde poczuc Swieta.. chyba dlatego wszyscy tak ostro inwestujemy w te wszystkie duperele.
* dla tych, ktorzy nie sledza mojego zycia na Facebooku - kot w zeszly piatek spiegolil sie z balkonu i zlamal dupe. No dobra, poobijal. Przez 4 dni nie moglam wziac go do Weta, bo piatek i poniedzialek to byly jakiestam hiszpanskie dni swiateczne, a w weekendy tu sie nie pracuje.. Wiec przez caly dlugi weekend umieralam ze strachu. Ale po kilku badaniach i przeplaconych 70€ okazalo sie, ze nic mu tak naprawde nie jest i ze glupi ma zawsze szczescie. Nawet jesli jest kotem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz